sobota, 14 września 2013

Rozdział pierwszy

   - Przestań.
   Stał obok mnie. W ręku miał skórzany, ciemny, gruby pas. Uderzał nim. Uderzał nim moje ciało, na którym pojawiały się czerwone sińce. Rany. Z mojego ciała ulatywała krew. Leżałem przed nim nagi i bezbronny. On mnie bił, ja milczałem. Nie chciałem by ktoś usłyszał. Nie chciałem, by ktoś mi pomógł. Prawdę mówiąc chciałem cierpieć. Chciałem i nie chciałem. Chciałem sam zadawać sobie rany. Nie chciałem by On je zadawał.
   - Proszę, przestań…
   Mój głos był zachrypnięty, słaby. Zaśmiał się i uderzył jeszcze raz, z całej siły. Trafił w plecy. Krzyknąłem. Ból był niemiłosierny.
   Na jego twarzy pojawił się lęk, po chwili grymas. Uderzył jeszcze raz, rzucił pas obok mnie i wybiegł z pokoju. Później straciłem przytomność.



   Obudziłem się gwałtownie, cały zalany potem. Rozejrzałem się niespokojnie po pokoju. Nikogo nie było. Tylko ja i moje cztery ściany. Położyłem się wygodnie, próbowałem uspokoić bicie serca. Sen. To był tylko sen. Tym razem to był tylko sen, Alex.
   Po kilkunastu minutach usiadłem na łóżku. Chyba zaczynałem trochę śmierdzieć, tak przynajmniej mi się wydawało. Wstałem więc powoli i sięgnąłem po ręcznik. Chwyciłem go i powoli, bezszelestnie wyszedłem z pokoju. Kierowałem się ku łazience. Chwileczka… ale gdzie jest łazienka?
   Rozejrzałem się po korytarzu. Był długi. Na końcu znajdywały się jakieś drzwi. Podszedłem do nich i otworzyłem je. Tak, to była łazienka. Przeszedłem przez próg niepewnie i zamknąłem za sobą drzwi na klucz. Zdjąłem koszulę i spojrzałem w lustro. Blizny. Mnóstwo blizn. Na nadgarstkach, brzuchu, klatce piersiowej.
   Odgarnąłem blond włosy z oczu i spojrzałem w swoje zielone oczy. Były zmęczone. Bledsze niż kilka lat temu. Skóra też stała się jakaś bledsza.
   Pośpiesznie zdjąłem opatrunek i zerknąłem na powoli gojące się rany. Zsunąłem spodnie do kostek i strzepałem je na podłogę. Zdjąłem bokserki. Wszedłem pod prysznic. Odkręciłem kurek z ciepłą wodą, po chwili wymieszałem ją z zimną. Zamknąłem powieki i pozwoliłem chociaż na krótki moment odpocząć mojemu umysłowi.
   Jakieś pół godziny później siedziałem w pokoju. Ubrany, pachnący, uczesany, z nowym opatrunkiem, który założyła mi Edith. Naturalnie zasłoniłem go długą, szeroką, ciemną bluzą zakładaną przez głowę. Zerknąłem na zegarek. Już dziewiąta rano, pewnie dziewczyny przygotowały śniadanie. Wziąłem głęboki wdech i wstałem. Wyszedłem z pokoju. Zszedłem na dół, do jadalnio-kuchni.
  


   - Kim jesteś?
   Patrzyło się na mnie mnóstwo młodych, zdziwionych, trochę przestraszonych oczu. Kilka dziewczyn, kilka chłopaków. Na czele stał On. Miał czarne włosy do ramion. Oczy były koloru błękitnego. Skóra blada, lecz piękna. Wyglądał jak anioł.
   - Pytałem kim jesteś.
   Ciemnowłosy anioł powtórzył pytanie. Skrzyżował dłonie na piersi i zmrużył powieki, nerwowo oblizując wargi.
   - Jestem nikim – udało mi się wydukać drżąc z zimna. Miałem na sobie kurtkę, ale ona nic nie dawała. Byłem całkowicie przemoczony.
   - David, weźmy go do siebie – powiedziała cicho jakaś dziewczyna. Brunetka o brązowych oczach. On nie reagował – David, on tu umrze.
   - W porządku, możemy go wziąć – mruknął cicho i kiwnął głową w moją stronę – wstań. Edith, skoro tak bardzo chcesz go przygarnąć to wyznacz mu jakiś pokój. Umyj go. Nakarm, napój… - anioł odwrócił się i wrócił do domu z którego wyszedł – ja idę spać.



   Trafiłem tutaj kilka lat temu. Trzy, dwa, sam już nie wiem. Uciekłem z domu już wcześniej, bo jak tylko skończyłem szesnaście lat. Teraz mam równo dwadzieścia jeden. Przygarnęli mnie, potraktowali jak własnego brata.
   Wszedłem do kuchni. Tak jak się spodziewałem przy kuchence stała Edith. Traktowaliśmy ją trochę jak matkę. Prała, gotowała, pomagała. Jednak każdy tutaj miał jakiś problem.
   Edith trafiła tutaj chyba najwcześniej. To dziewczyna Davida. Zauważył ją dawno temu pijaną w jakimś klubie, w łazience. Wszędzie była krew. Właśnie wtedy zaćpała swoje dziecko jakimiś lekami wymieszanymi z alkoholem i poroniła.
   - Cześć Młody! – zerknąłem na dziewczynę, która do mnie krzyknęła. Tak, to była Lu. Nikt nie znał jej prawdziwego imienia. Prócz Davida oczywiście. Była niezwykle entuzjastyczną dziewczyną o jasnoróżowych włosach i niebieskich oczach. I kto by się spodziewał, że cierpi na bulimię, że tnie się nocami? Że wpada w spazmy i wyrywa sobie włosy krzycząc, że jest gruba?
   Skinąłem do niej lekko głową i spojrzałem na dziewczynę obok niej. Isabel.
   Isabel była chyba najpiękniejszą dziewczyną w naszym domu. Wręcz biała skóra, blond włosy i piwne oczy. Delikatne dłonie, delikatne palce, delikatne ciało. Była bita przez swojego byłego chłopaka, wykorzystywał ją seksualnie. Zmuszał do usuwania każdej ciąży, bo pieprzony gnojek nie znał czegoś takiego jak „prezerwatywa”. Więził ją w małym mieszkaniu, daleko od miasta. Pewnej nocy chciała to przerwać. W obronie własnej przed kolejnym gwałtem skręciła mu kark. Podpaliła dom z ciałem. Uciekła. I trafiła tutaj.
    Mój wzrok skierował się na Marka. Miał średniej długości rude włosy, oczy natomiast szare. Siedział w więzieniu za liczne kradzieże, napaści i włamania, pobicia… My jednak mu ufaliśmy, nie baliśmy się z nim spać pod jednym dachem. Bardzo lubiłem Marka. Był dla nas miły, bronił nas jak ktoś chciał nam w nocy przyjebać i pomagał przy pracach, takich jak sprzątanie, pranie, gotowanie…
   Była nas szósta. David, ja, Mark, Isabel, Lu i Edith. Udawało nam się dogadać, nigdy się nie kłóciliśmy. Prawie nigdy.
   - Dziś na śniadanie są serdelki, bułki z masłem i sok pomarańczowy – oznajmiła Edith, gdy usiadłem do stołu. Każdy dostał swoją porcję. Zaczęliśmy powoli jeść. Oni rozmawiali o czymś, chyba o jakimś nowym klubie, który został niedawno otwarty w tej okolicy. Sam nie wiem, nie przyłączyłem się do ich rozmowy. Jestem najcichszym domownikiem naszego własnego, małego raju.
   - To jak? Pójdziemy tam? – zapytała ochoczo Lu.
   - Pójdziecie.
   Zadrżałem na dźwięk tego głosu. To On. David. Stał w progu i uśmiechał się tajemniczo, patrząc na nas. Miał na sobie ciemne, obcisłe jeansy i czarną koszulę.
   Anioł Śmierci i Bólu.
   - My czyli kto? – spytała Edith podając mu talerz z serdelkiem u bułką.
   - Wy. Ty i reszta – mężczyzna spojrzał na mnie uważnie – oprócz Młodego. On nie jest na siłach by iść zbadać ten klub. Jeszcze nie.
   „Młody”. Praktycznie wszyscy się tak do mnie zwracali. Gdy tutaj trafiłem miałem jakieś osiemnaście, dziewiętnaście lat, to dlatego. Reszta miała już po dwadzieścia. Dlatego traktowali mnie jak dziecko. Czasem bywali nadopiekuńczy. Wciąż są nadopiekuńczy.
   - Może jednak to już czas? – zapytał niepewnie Mark, popijając serdelka sokiem – wiesz. Jest u nas już kilka lat a nigdy jeszcze nie poszedł zbadać żadnego nowego terenu…
   - Trudno. Nie da sobie rady. Nie dziś – mruknął David spojrzał na mnie ponownie. Uśmiechnął się tym swoim pociągającym uśmiechem.



   - Kocham Cię, Młody.
   Znieruchomiałem. David wpatrywał się w moje oczy. Poczułem dziwny dreszcz. Przyjemny dreszcz.
   Nastało milczenie nie umiałem wykrztusić z siebie ani jednego słowa. Kocha? Mnie? Przecież jest z Edith. Z resztą to facet. Przystojny facet. Dlaczego ma kochać kogoś takiego jak ja?
   - Odezwij się – mruknął cicho i przycisnął mnie swoim ciałem do ściany za nami. Zrobiło mi się dziwnie ciepło – A czy ty kochasz mnie?
   - Tak.
   Odpowiedziałem to odruchowo. Nie wiem czy to co czułem jest miłością. Na pewno ten facet mnie pociągał. Ale czy powinienem nazywać to miłością? Raczej nie.
   Włożył dłonie pod moją koszulę. Zaczął mnie dotykać. Przegryzłem nerwowo wargę i zamknąłem powieki. Nigdy nikt mnie tam nie dotykał. Nigdy nie uprawiałem seksu. Ani z kobietą ani z mężczyzną. On chyba o tym nie wiedział.
   - Chce cię pieprzyć – wręcz warknął i złapał mnie mocno z koszulkę. Pociągnął do siebie po czym popchnął na łóżko. Upadłem na nie z impetem. Otworzyłem powieki. On już nie miał spodni. Położył się na mnie i odpiął pasek moich spodni. Wyciągnął go ze szluwek. Wtedy nie wiedziałem co stanie się niedługo. Ściągnął moje spodnie. Sięgnął do szafki obok, byliśmy w jego pokoju. Wyjął knebel. Wsadził mi go w usta. Wsunął dłoń w moje bokserki, chwycił moją męskość i zaczął energicznie, wręcz brutalnie poruszać. Jęknąłem, jednak nikt tego nie usłyszał. Zrobiłem się cały czerwony na twarzy. Zacząłem się pod nim wić. Nie minęło kilka minut a doszedłem. Już po chwili zsunął ze mnie bieliznę i położył na brzuchu. Usłyszałem jak ściąga z siebie bokserki, Przez chwilę ocierał się swoim kroczem i mój tyłek. Niespodziewanie we mnie wszedł.
   Ból.
   Krzyknąłem i zacisnąłem powieki. Krzyk był stłumiony, praktycznie zagłuszony przez knebel. Zacisnąłem dłonie na pościeli. Mój oprawca poruszył biodrami.
   Ból.
   Znów krzyknąłem. Wtedy on sięgnął po pas i uderzył nim moje pośladki. Poruszył się energiczniej.
   Krzyknąłem.
   Uderzył mnie w plecy. I tak za każdym moim krzyknięciem.
   Nie tak wyobrażałem sobie swój pierwszy seks. Seks z mężczyzną, który mnie „kocha”.



   - Wychodzicie dzisiaj koło dwudziestej drugiej – mruknął pod nosem i dokończył jeść. Odstawił talerz i szklankę do zlewu – Później zdacie mi raport. To co zwykle. Jaka jest tam ochrona, jak łatwo dostać dragi, jak łatwo je sprzedać. Weźcie trochę towaru… a i jeszcze jedno. Nie wracajcie przed drugą.
   Po chwili już go nie było. Po prostu odszedł.
   - Ciekawa jestem kiedy David pozwoli ci iść z nami – powiedziała mi na ucho Lu, bawiąc się kosmykiem swoich włosów.
   - Pewnie nigdy – odpowiedziała za mnie Edith i zaczęła zmywać.
   Wolałbym iść z nimi. Nie chce zostawać sam z Nim. Boję się zostawać sam z Nim.

czwartek, 1 sierpnia 2013

Prolog

   Cisza. Wszędzie brzmiała głucha cisza. Ciemność. Wszędzie była ciemność. Bałem się.
   Rozejrzałem się po pomieszczeniu w którym się znajdowałem. To chyba mój obecny pokój. Tak mi się przynajmniej wydaje. Łóżko jednoosobowe w jednym kącie pokoju, obok półka, kilka książek walających się po podłodze, strzykawka, strzykawki… więcej strzykawek…
   Spojrzałem na swoje dłonie. Drżały niemiłosiernie. Poczułem na swoich skroniach zimny pot. Jednocześnie było mi strasznie gorąco.
   Miałem ochotę płakać. A może już płakałem? Sam nie wiem.
   Zamknąłem powieki. W tym momencie poczułem niesamowicie silny ból w klatce piersiowej. Jęknąłem cicho. Serce? Płuca? Sam nie wiem. Urojony ból? Chyba nie.
   Skuliłem się jeszcze mocniej i położyłem na podłodze. Miałem ochotę krzyczeć, lecz nie mogłem. Obudziłbym resztę. Obudziłbym Davida. Bolałoby.
   Po jakimś czasie ból minął. Ale tylko ten fizyczny, psychiczny wciąż we mnie siedział.
   Z ledwością doczołgałem się do półki. Otworzyłem pierwszą szufladę. Jest. Ostrze. Scyzoryk. Mój kochany, pomocny scyzoryk.
   Otworzyłem go jednym ruchem. Podwinąłem szybko pomięty rękaw koszulki. Nadgarstki, przedramię? A może dziś skuszę się na uda. Łydki? Brzuch? Nie, dziś przedramię. Nadgarstki są bardzo niewygodne, ktoś mógłby zobaczyć i chcieć mi pomóc.
   Przez chwilę wpatrywałem się w narzędzie. Już po chwili wbijało się w moją skórę. Rany, krew. Więcej ran, więcej krwi. O nie, to pobrudzi mi podłogę.
   Pośpiesznie przyłożyłem do ran jakąś brudną koszulkę, by nie skapywała. Złapałem głęboki oddech. Poczułem dziwne zawroty głowy. Ból w klatce piersiowej powrócił, ale w mniejszym stopniu. Wciąż jednak bolało. Wciąż chciałem krzyczeć.
   Nagle usłyszałem pukanie. O cholera, ktoś chce wejść. A może to David?
   Spanikowany doczołgałem się do łóżka i zakryłem kołdrą.
   - Proszę… - wymamrotałem zachrypniętym głosem i spojrzałem spanikowany na drzwi. Po chwili uchyliły się. Za nimi stała Edith. Jak dobrze, Edith.
   - Alex, wszystko okej? – zapytała mnie brunetka, wchodząc do pomieszczenia. Nie odpowiedziałem. Opatuliłem się szczelniej kołdrą i spuściłem wzrok. Ona natomiast spojrzała na podłogę. Strzykawki, cholera – Alex, brałeś.
   Znów nie odpowiedziałem. Spuściłem wzrok i zacząłem się nerwowo wiercić. To moja wada, nie umiałem kłamać. Z resztą po co miałbym kłamać? Dziewczyna zerwała ze mnie kołdrę i podwinęła rękawy. Widząc moje rany cięte zrobiła przerażone oczy i pisnęła.
   - Boże, Alex! Ciąłeś się! – praktycznie krzyknęła. Zerwałem się z łóżka i położyłem dłoń na jej ustach. Zacisnąłem ją z paniką i zacząłem nasłuchiwać, czy nikt z góry nie idzie. Cisza – Dlaczego to znów zrobiłeś? – spytała, gdy zdjąłem dłoń z jej ust.
   Wzruszyłem nerwowo ramionami. Zadrżałem Zamknąłem powieki. Położyłem się na łóżku i objąłem się dłońmi.
    - Daj, opatrzę ci to.
   Już po kilku chwilach na mojej prawej ręce założony był idealny, biały opatrunek. Wpatrywałem się w niego przez dłuższą chwilę.
   Edith pożegnała się ze mną. Pocałowała mnie w czoło na dobranoc. To słodkie. Takie miłe, ciepłe.
   Ale po chwili wszystko wróciło do normy. Znów było ciemno. I zimno. Samotnie.